Po sesji, podczas której bohaterowie byli świadkami inwazji obcych na Urdę, rozegraliśmy jeszcze trzy spotkania, zamykające całą historię o „pierwszym kontakcie”. Nie wrzuciłem tu żadnego raportu głównie dlatego, że ciężko byłoby to wszystko opisać, a i czytanie tejże opowieści do najciekawszych by nie należało – przede wszystkim uzasadnione to było strukturą przygody. Drugie i trzecie spotkanie bowiem było tak naprawdę zestawem epizodów – wojna z obcą rasą trwała prawie miesiąc (dlaczego – o tym później), siłą rzeczy więc wrzucałem bohaterów tylko w decydujących momentach. Dlatego dopiero teraz, po zakończeniu całej „mini-kampanii”, przyszedł czas na omówienie wszystkich wydarzeń – co też niniejszym, po dość długim i zagmatwanym wstępie, czynię.
Powrotowi z wyspy do Lyonesse towarzyszyła seria manewrów, który to był znacznie utrudniony koniecznością ciągłego omijania dziwnych kul z podobnego do kryształu minerału, które to prosto z ogromnych statków obcych leciały w kierunku ziemi, pełniąc zarazem rolę pocisków, jak i kapsuł dla desantujących się na kontynentach obcych. Bohaterowie mieli okazje podczas niskiego lotu obejrzeć panikujący lud Akwitanii oraz tonące z wolna potężne, alfheimskie pancerniki. Zaraz po wylądowaniu, zresztą prosto na dziedzińcu wiekowego dworu, będącego przy tym kwaterą dowództwa wojsk królestwa, bohaterowie przedzierając się przez ochronę, wpadli prosto na naradę kryzysową. Po podzieleniu się zdobytymi przed inwazją wiadomościami, zostali oddelegowani – wraz z całkiem pokaźną wojskową eskortą – do ruszenia jako misja dyplomatyczna prosto do Torburgu.
Sceny audiencji u Eisenfuesta pełne były konfrontacji. Bohaterowie rozumnie wzięli ze sobą profesora Gatwicka, który w końcu pracował na zlecenie Zakonu i to właściwie on, ku niezadowoleniu Ruperta, pozwolił im dowiedzieć się więcej. Jak się bowiem okazało, słudzy Żelaznej Panienki już od kilku lat przewidywali inwazję – ponoć podczas kolejnych obserwacji nieba udało im się zauważyć ślady cywilizacji na fragmencie „ciemnej” strony Luny. Postanowili użyć tej wiedzy jako karty przetargowej w potencjalnych sporach oraz przygotować się do odparcia kosmicznego przeciwnika. Jak postanowili, tak zrobili – bohaterom udało się namówić Wielkiego Mistrza na mały spacer po jego arsenale (przy okazji obiecując zakonnikom tak wiele, iż gdyby dowiedziała się o tym Jej Królewska Mość, to Wotan z Kuternogi musiałby zmienić pseudonim na Jeździec Parowego Wózka bądź Pasażer Inwalidzkiego Mini-Behemota), gdzie między kolejnymi odmianami parowych karabinów i wiwern teoretycznie zdolnych do podjęcia walki ze statkami obcych trafili na zejście do szybu, u którego końca znajdowała się ukryta pod ziemią, wielka armata. Tak wielka, iż za jej pomocą można wystrzelić całe grupy ludzi w potężnych kulach prosto na Lunę. Czy raczej – będzie można wystrzelić – potrzeba bowiem miesiąca, by dokończyć wytapianie ogromnych kul i poprawić jeszcze celność urządzenia. Sprawa była jasna – przez miesiąc trzeba powstrzymać ekspansję obcych, by potem przypuścić kontratak. Z tą wiadomością bohaterowie wrócili na dwór JKM.
Potem zastosowałem już iście teledyskowy „montaż”, co rusz przeskakując do bardziej istotnych scen. Terller podczas partyjki w golfa w zdezelowanym przez wybuch ogrodzie jednego z lordów starał się przekonać go do opuszczenia zagrożonego Lyonesse, w tym samym mieście, acz w dzielnicach biedoty Karl starał się zebrać ludzi i wprowadzić ich do kanałów, by uchronić ich przed nadchodzącym bombardowaniem. Wotan zaś w jednej ze swych scen, korzystając z ogólnego zamętu, zdecydował się rozprawić z oficerem RTKA, który z powodu wcale nie tak chwalebnej przeszłości trolla dręczył go od lat. Kolejne sceny przedstawiały też kolejne miasta – Landberg był świadkiem obrony jednego ze slawijskich dworów, a w chwilę później panicznej ucieczki obcych przed przebudzonym w lokalnej puszczy, rozwścieczonym Leszym, Rupert miał przyjemność wziąć udział w próbie przepędzenia znad Heimburga jednego ze statków obcych, wszyscy bohaterowie mieli też okazję uczestniczyć w ewakuacji głów kościoła z Res, gdzie kosmici tworzyli coś w rodzaju swej ziemskiej bazy. Mniejszych i większych scen było mrowie, z reguły większość kończyła się na jednej konfrontacji (część nawet obyła się bez niej), nie ma sensu opisywać każdej z nich. W końcu jednak, gdy rozumne rasy w końcu się zorganizowały, rozpoczęła się kontrofensywa, skuteczne wypierając siły obcych – niemała była w tym zasługa nowoczesnych behemotów i wiwern, które Zakon Żelaznej Panienki zdecydował się udostępnić pozostałym państwom. W końcu, na pograniczu Korrioli i Akwitanii, doszło do naprawdę poważnej bitwy – na tyle istotnej, iż udział wzięły w niej nawet smoki!
W tej bitwie gracze objęli nawet tymczasowo dowodzenie nad jednym z odcinków frontu, gdzie – po całkiem długiej konfrontacji – zwyciężyli, otaczając siły wroga i miażdżąc je w swoistych kleszczach. W tym momencie przygotowałem pewną niespodziankę – bo co to za opowieść o ataku obcych, gdzie nie można rozstrzelać kilku z nich własnoręcznie? Jednak ani bohaterowie, ani sama mechanika nie była do tego przystosowana. Dlatego też przygotowałem karty trzech Braci Broni (czyli Space Marines w wersji z Żelazną Panienką zamiast Imperatora
) na SWEXie i wręczyłem je tymczasowo graczom. Dostali się na statek obcych, lądując na nim wiwerną i musieli zająć go bądź zniszczyć, nim doleci nad pole walki – potężne pociski z armat statku mogły bowiem przechylić szalę zwycięstwa na rzecz najeźdźców.
Stopniowe i precyzyjne oczyszczanie kolejnych korytarzy statku przez zrobotyzowanych zakonników było miłym przerywnikiem po wielkiej polityce i dowodzeniu całymi oddziałami. Gdy w końcu na pokładzie nie ostał się żaden Mrówczotwarzy (jak ochrzczono przybyszy z ciemnej strony Luny), a bohaterowie podłożyli ładunki wybuchowe w newralgicznych punktach statku, pozostała jedynie radosna ewakuacja z eksplozją w tle.
Przyszedł w końcu czas na wyruszenie na Lunę – ludzie ostatecznie uzyskali przewagę nad obcymi, ale taka wojna mogłaby trwać całymi latami – wszystkim zaś zależało na prędkim ostatecznym rozwiązaniu konfliktu. Poza całymi grupami Braci Broni, Zakon Żelaznej Panienki zezwolił na przelot jednej grupy, która – z pomocą golema z wbudowaną maszyną różnicową, tłumaczącą język obcych – miała spróbować rozwiązać ten konflikt pokojowo. Chyba nikt szczególnie się nie zdziwi, że padło na bohaterów?
Parę chwil jeszcze nasza trójka zwiedzała podziemia i okolicę wielkiej armaty. Mieli okazję obserwować ostatnie pomiary, próbny wystrzał, a w chwilę potem „wylot” pierwszych grup zbrojnych. Przyszedł moment i na nich – zostali zapakowani do wielkiej, pustej w środku kuli (jej ściany wyłożone były, rzecz jasna, materacami, by podróżnicy nie połamali sobie karków przy starcie), szczelnie w niej zamknięci, a następnie wystrzeleni. Nie minęło więcej niż dziesięć minut, gdy poczuli mocne uderzenie, kula pękła a ich oczom ukazał się nieznany dotąd świat. Ciemna strona Luny…
Nie było wiele czasu na zachwyty – jak się okazało, wylądowali prosto w centrum ogromnego miasta, zapewne stolicy, a Bracia Broni odpierali kolejne ataki zaskoczonych atakiem kosmitów. Jeden z tubylców, schwytany przez Zakonników, przysłużył się i graczom – po szybkim przesłuchaniu z wykorzystaniem golema udało im się zdobyć informacje na temat miejsca, gdzie wylądowali. W prawdzie nazwy miejscowości nikt nie był w stanie wymówić, ale najważniejszym faktem było, iż niedaleko od miejsca lądowania mieszka istota nazywana przez kosmitów „Ojcem” (na temat tych powiązań rodzinnych gracze dyskutowali dobre dwadzieścia minut), czyli ich władca!
Po krótkim starciu na słowa z dowódcą wojsk Zakonu bohaterom udało się załatwić eskortę prosto do pałacu, w którym znajdował się Ojciec i okoliczna rada. Droga zajęła trochę czasu, ale w końcu udało się dostać do środka – wtedy też rozpoczęła się ostateczna i, według mnie, najbardziej wyrazista scena tej kampanii.
W otoczonym przez Zakonników Pałacu bohaterowie stanęli przed czymś w rodzaju senatu, na którego czele stał Ojciec, przypominająca ogromną pijawkę istota, która jednak okazała się być nad wyraz rozumna i zainteresowana losem swych ludzi. Rozpoczęły się negocjacje, dosyć agresywne zresztą (bo, w ramach argumentacji, Wotan zdecydował się na przykład rozstrzelać jednego z senatorów), gdzie obie strony starały się uzyskać kompromis jak najbardziej korzystny dla obywateli ich planety. Za oknami widać było kolejne wybuchy i uderzające o powierzchnię Luny armatnie kule, ba – jedna z nich w trakcie rozmowy (w wyniku zagrania karty) wpadła prosto do senatu. Koniec końców po naprawdę długiej dyskusji zdecydowano, iż kosmici opuszczą Urdę – poza jedną z wysepek na purtagoryjskim archipelagu. W zamian zaś cała jasna strona Luny miała zostać przekazana w ręce ras rozumnych. Po podpisaniu tego układu gracze, wraz z siłami Zakonu, zostali przetransportowani prosto do Alfheimu jednym z mniejszych statków, gdzie czekały już na nich zaszczyty, zdjęcia i wywiady w gazetach…
Moje uwagi:
Same sesje były naprawdę fajne i satysfakcjonujące – wybebeszyliśmy Wolsunga, przerobiliśmy go na naszą modłę i klimat rozgrywki był naprawdę fajny. Większy problem z mechaniką – wymaga ona specyficznych konfliktów i o ile pasuje całkiem do pościgu, to w wypadku większych starć po prostu nie działa, a i w dyskusji często hamuje kreatywność. Żetony i karty są całkiem niezłe, ale ogół jest raczej gorszy niż lepszy – trzeba będzie poczekać na konwersję na SWEX…
I to by było tyle Wolsunga na czas najbliższy. Może coś poteoretyzuje, może poprowadzę jakąś jednostrzałówkę, ale większej „eksploatacji” systemu już nie planuje. No bo cóż mi pozostało, gdy świat odparł już inwazję kosmitów…?