Ostatnio na blogu Borejki pojawiły się wyniki ankiety na „najlepszy polski system RPG”. Wygrała Neuroshima, najpopularniejszy system na naszym, z lekka kulawym, rynku (chociaż, ze względu na rozmiary, bardziej pasuje określenie „plac targowy”), bodaj jedyny, do którego wyszło więcej niż trzy-cztery rzeczywiste dodatki (nie mówię tu o przygodach do Monastyru czy kolejnych rozszerzeniach KCtów drukowanych w MiMie i innych magazynach). Można z tego wyciągnąć wniosek, że polscy gracze pragną mieć u siebie linie wydawnicze z prawdziwego zdarzenia – nie „jeden podręcznik, bo tam jest wszystko!”, a zestaw kolejnych suplementów rozszerzających spojrzenie na świat gry i prezentujący kolejne możliwości mechaniki systemu – jak w DnD, Warhammerze czy WoDzie – i nie ma w tym nic dziwnego, w końcu to bodaj najpopularniejsze erpegi w Polsce. Dobrze wróży to też zdobywcy drugiego miejsca, Wolsungowi, do którego już wydano kampanię i – mam nadzieję – na tym autorzy nie poprzestaną.
No ale nie chodzi mi o analizę wyników ankiety. Zastanawia mnie po części fenomen Neuroshimy. Owszem, jest napisana naprawdę fajnym językiem, pewnie, jej linia wydawnicza jest całkiem niezła (chociaż „niezła” jak na nasze warunki – dawne kłótnie z fanami czy ogromne opóźnienia nie pozwoliłby za bardzo egzystować Portalowi na rynku, powiedzmy, amerykańskim) – ale na tym kończą się dla mnie dobre strony tego systemu. Pomijając już mechanikę, która zawsze wydawała mi się lekkim koszmarkiem, pomówmy o świecie. Bo jest o czym.
Mam dziwne wrażenie, że dyskusja, która zmieniła „Necropunka” w „Neuroshimę” wyglądała mniej więcej tak:
„- Nikt nie wydał w Polsce systemu post-apo!
- No, w sumie… To zróbmy Fallouta! Pustynia, mutanty, zniszczona Ameryka…
- Super! Dorzućmy do tego SkyNet, ogromne maszyny które będą tłukły wyniszczonych ludzi!
- I narkotyk, żeby było mroczniej!
- I…”
I tak dalej.
Tym sposobem powstał świat, w którym znajdziemy całą klasykę postapokalipsy. Złowieszcze maszyny i mordercze rośliny, ogólne zacofanie technologiczne i potężnych kolesi prawie-że-w-mechach z Posterunku, mutantów, ćpunów cofających się do przeszłości i szlachciców… Brakuje mi tylko plagi nieumarłych. Nie zastanawiam się nawet jak ci biedni ludzie mogą to wszystko przeżyć (w podręczniku ciągłe istnienie rasy ludzkiej uzasadnione jest czymś w stylu „Moloch w sumie mógłby skopać dupska wszystkim, ale czasem mu się nie chce – a dlaczego? Któż to wie”). W ten sposób powstało „spolszczenie postapokaliptyki”, wydanie w jednej książce w zasadzie wszystkich motywów, nie eksponując żadnego, poza tłuczeniem SkyNetu, tym razem bez pomocy Arnolda.
Brakuje mi tu czegoś większego. Podobnie w Wolsungu – przeniesiono na „nasz grunt” steampunkowe realia, dorzucając do tego magię, rasy rodem z fantasy, smoki i pierwszą/drugą wojnę. I na tym stanęło. Owszem, jest trochę bardziej odkrywczo niż w wypadku Neuroshimy, ale brakuje mi tu jakiegoś konkretnego problemu targającego światem, motywu przewodniego w całym systemie. Może to efekt przeczytania jednego-settingu-do-SWEXu-za-dużo, ale konkretny motyw przewodni w każdym świecie bardzo mi odpowiada – o ile jest porządnie zrealizowany, w miarę oryginalny. I dlatego też uważam za strzał w stopę „czas rozpoczęcia” Wolsunga – po wojnie, bez następnej w perspektywie. Wotańczykom w gruncie rzeczy jest przykro, że wywołali wojnę, ich dawnym sojusznikom podobnie, tylko gdzieś w wolsungowej Ameryce ma miejsce wojna o niepodległość. Pewnie autorzy chcieli uniknąć robienia z jednej z nacji zamieszkujących Wanadię tej „złej”, ale tym sposobem „obcięto” graczom masę haczyków – bo o ile fajniej byłoby pobawić się w politykę, gdyby „w powietrzu wisiało” coś więcej niż tamtejsze EXPO? Czytając o Wolsungu w przeddzień zamówienia go wyobrażałem sobie wojny wywiadów, przewroty, falę przewrotów w tamtejszym odpowiedniku Europy i ogromny niepokój polityczno-społeczny, a dostałem świat, w którym wszystko co fajne już miało miejsce…
Ten rok pokazał, że jednak na naszym „targowisku” pojawiają się czasem nowe przekupki. Dwa kompletnie niezależnie wydane systemy, dwa puszczone przez większe wydawnictwa – jest nadzieja. Nadzieja, że pojawi się więcej wydawców i pomysłowych autorów, którzy przestaną wydawać RPG w danych realiach, a zaczną produkować RPG z pomysłem. Czego sobie i wam życzę na koniec pierwszego wpisu na tym blogu.
PS,
Wbrew pozorom, pomimo moich narzekań właśnie wróciłem z sesji Wolsunga. Parę słów o niej pojawi się pewnie niebawem.
Lekki koszmarek? Fuck! Najgorsza mechanika, jaką poznałem. Koszmarnie nieintuicyjna. I dokładnie – świat rozpieprzony i chaotyczny. Niespójny. Lubię postapo, ale przemyślane.
Ogólne wnioski mamy podobne, ale przecież przegadaliśmy temat Neuroshimy nieraz.
Ogólnie fajnie Cię tu widzieć
. Powodzenia.
Czekam na raporty
Witaj!
Trafiłem na Twój blog dzięki Smartfoxowi i powiem szczerze, lektura sprawiła mi masę przyjemności. Bardzo fajny, mądry i analityczny tekst, kilka z Twoich wniosków mnie zaskoczyło i sprawiło, że pomyślałem: “jak ja do cholery sam na to nie wpadłem?” Pisz, pisz i jeszcze raz pisz, jeśli pozwolisz, z jakiś czas chętnie dołączę Cię do agregatora bloków.
Dzięki za miłe słowa.
Cieszę się, że wywód okazał się czymś ponad sam zlepek słów – prawdę mówiąc zastanawiałem się, czy warto od takiego tekstu zaczynać bloga. Jak widać, jednak warto – uff.
Do agregatora blogów dołączę z radością, pisać też zamierzam na ile tylko czas pozwoli – parę tekstów i raportów z sesji już sobie zaplanowałem, myśląc (będąc namawianym przez skądinąd znanego Smartfoxa ;P) nad założeniem bloga.
Pozdrawiam,
Kutak
Heh. “I dlatego też uważam za strzał w stopę „czas rozpoczęcia” Wolsunga – po wojnie, bez następnej w perspektywie. ” Wojna w przyszłości musi być. To pokłosie czającego się w mroku ZUA w postaci kanonu czyli WFRP heh. Pozdrawiam.
Borejko, nie chodzi mi o wojnę, z Warhammerem mój kontakt nie był zbyt wielki. Chodzi po prostu o jakieś nadchodzące bądź aktualnie trwające wydarzenie, na tyle wyraziste, by inspirować i pozwalać na godziny gry. Owszem, młotkowy Chaos i jego ciągłe “nadchodzenie” jest czymś takim, ale dużo lepsze przykłady znajdziemy w praktycznie każdym settingu do SWEXa – tam świat dostajemy w interesującym, pełnym wydarzeń emocje. I nie czyta się podręcznika, myśląc przy tym o smoczym Jakobinie czy wojnie z przemianą liczowską jako o historii, przeszłości możliwej do wykorzystania tylko w rozmowach. Chyba, że ktoś chce bawić się w podróże w czasie.
Pozdrawiam
Pingback: Nowy Monastyr? « Erpegranie